Lubię sobie dać w kość

21 grudnia 2018

Pełny etat jako kierownik Kliniki Chorób Wewnętrznych i Reumatologii, liczne publikacje, prowadzone wykłady, a pod swoimi skrzydłami piętnastu doktorantów i kilkunastu specjalizantów. Prof. dr hab. n. med. Małgorzata Wisłowska przyznaje, że lubi stawiać sobie wysoko poprzeczkę i podejmować kolejne wyzwania. Nam opowiada o pracy i związanych z nią podróżach. 

Jak długo jest Pani w zawodzie? Zaznaczam, że to nie pytanie o wiek kobiety…

Mam na liczniku już ponad 30 przepracowanych lat.

Pytam o to, bo Pani bogate doświadczenie musi być wynikiem lat ciężkiej pracy.

Zaczęło się całkiem inaczej. Planem A na życie była kardiologia. Chciałam być kardiologiem i internistą. Jednak po urodzeniu dwojga dzieci perspektywa 10 dyżurów, podwójnych – dzień za dniem, była po prostu niemożliwa do zrealizowania. Pracowałam wówczas w szpitalu na Stępińskiej, gdzie miałam ordynator dr hab. n med. Kazimierę Kuczewską- Stanecką, która dyskutowała o chorobach z zakresu zapaleń naczyń i ciężkich chorobach układowych tkanki łącznej. Właśnie wtedy po raz pierwszy zaczęłam rozważać pracę w dziedzinie reumatologii. Zasugerowano mi współpracę z prof. Henryką Małdykową w Instytucie Reumatologii i zajęcie się chorobami tkanki łącznej. Nie zwykłą reumatologią, zwyrodnieniami, czy RZS-em, a najcięższymi chorobami. Miałam rozpocząć specjalizację i konsultować oddział internistyczny w tym zakresie. Pracowałam tam rok, a później dostałam pracę w naszym Szpitalu. I tak się to wszystko rozpoczęło. Zrobiłam specjalizację, później doktorat i habilitację. Praca stała się moją pasją. Im cięższe przypadki reumatologiczne, tym lepiej dla mnie. Chciałam się rozwijać, mierzyć z najtrudniejszymi wyzwaniami. Tak jest zresztą do dzisiaj (w trakcie naszej rozmowy Prof. Wisłowska odebrała telefon i zgodziła się przyjąć chorą z, najprawdopodobniej, zapaleniem naczyń, której odmówiono hospitalizacji w Instytucie Reumatologii i szpitalu przy Szaserów – red.). Jestem znana z tego, że przyjmuję najcięższe przypadki reumatologiczne w Warszawie. 

A pomimo ogromnej wiedzy i lat doświadczeń, wciąż się Pani uczy…

Tak. Bardzo dużo czytam i biorę udział w konferencjach naukowych poświęconych mojej dziedzinie. Natomiast na początku drogi zawodowej odbywałam regularne szkolenia w Instytucie Reumatologii oraz w ośrodkach zagranicznych – Instytutach Reumatologii w Moskwie, Pradze, Szpitalach Świętego Tomasza oraz Guy w Londynie oraz Szpitalu Charity w Berlinie. Poznałam największe ośrodki i tam pracowałam. 

I nadal dużo jeździ po świecie…

Teraz wyjeżdżam na kongresy, prowadzę wykłady. Na międzynarodowych forach byłam wielokrotnie w Ameryce. Tam miałam wiele wykładów. A zaczęło się od zacytowania mojej pracy habilitacyjnej nt. zmian w sercu u chorych na reumatoidalne zapalenie stawów w jednym z poważanych czasopism anglojęzycznych. To sprawiło, że organizacje amerykańskie zainteresowały się mną i zechciały współpracować. Byłam m.in. w Bostonie, Atlancie, Chicago, Seattle, następnie w  Rzymie, a ostatnio w Dubaju, gdzie mówiłam o chorobie  zwyrodnieniowej stawów. 

Czy podczas takich wyjazdów znajduje Pani czas by być zwykłą turystką?

Tak, szukam takich chwil podczas swoich wyjazdów. Jestem bardzo ciekawa świata. Zresztą podróże są moją drugą po medycynie pasją. Poza krajami Europy, cztery razy byłam w Chinach, dwa razy w Indiach, na Cejlonie, w Iranie, Maroko, Libii, Tunezji oraz w obu Amerykach. Wybieram kierunki, które także są wyzwaniem, jak na przykład Tybet, gdzie musiałam mierzyć się z zupełnie innym klimatem oraz wysokością. 

Lubi Pani sobie dać w kość, prawda?

Tak. To mnie napędza.